Ostatnio mój kręgosłup woła o pomoc. Serio. Czwarte piętro, bez windy daję mocno w kość. Choć już jestem do tego przyzwyczajona, a przynajmniej tak mi się wydaje, to mój kręgosłup chyba nie. Postanowiłam coś z tym zrobić. Duża zaczęłam czytać na ten temat. Jak sobie poradzić z bolącym kręgosłupem by poczuć ulgę a nie koniecznie sięgać po tabletki przeciwbólowe. To już musiałaby być ostateczność. Pracuję w domu. Dużo w pozycji siedzące. Często też wychodzę na spacery z moimi chłopakami. Choć wózek, który posiadam jest bardzo lekki, tak mój 10 mc synek robi się już coraz cięższy, waży 10 kilo. A to już jest co dźwigać. No nic. Zaczęłam działać. Dobrym sposobem okazał się masaż. Taki prawdziwy, wykonany przez profesjonalistę. Przez kogoś kto się na tym rzeczywiście zna. Tylko jak to pogodzić z dwójką dzieciaków, pracą i jeszcze wyjściem na taki masaż do salonu spa? Wieczory coraz dłuższe. W dzień z czasem średnio. Choć wszystko można zorganizować.  Masażysta na telefon-okazał się być najlepszym rozwiązaniem. Dzwonie, umawiam się na odpowiednią porę, która mi pasuje. W moim przypadku to godziny wieczorne. Kiedy dzieciaki już smacznie śpią a ja sama mogę się zrelaksować. Tak też było. Zaczęłam korzystać z masażu, który wykonany jest w moim własnym domku. 



Wpływ masażu klasycznego na skórę i organizm : 

  • masaż poprawia czynnośc wydzielnicza gruczołów łojowych i potowych,
  • dzięki masażowi naczynia skórne rozszerzają się przez co poprawia się odżywianie skóry,
  • masaż przyspiesza obieg krwi
  • podczas wykonywania masażu tkanki mięśniowe są lepiej zaopatrywane w tlen i substancje odżywcze oraz następuje szybsze wydalanie produktów przemiany materii,
  • taki masaż zwiększa zdolność mięśni do pracy, 
  • zwiększa się również elastyczność i wytrzymałość aparatu wiezadłowego a zatem stopień ruchomości stawów.


To tylko kilka plusów jakie daje za sobą wykonywanie masażu klasycznego. Wykonując taki masaż regularnie odczujemy niesamowitą poprawę. Mięśnie kręgosłupa się wzmocnią przez co my sami poczujemy się zdecydowanie lepiej.






Taki masaż to świetna sprawa, zwłaszcza kiedy "czasowo" nam nie pasuję wyskoczyć do salonu masażu. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem. I staram się korzystać regularnie z tego typu zabiegów. Niebawem będzie coś typowo w stylu SPA. Z chęcią wam pokaże co i jak. Jeśli czyta mnie ktoś z woj. Łódzkiego to polecam Krzysztofę Fryd i jej Mobilny Salon Masażu.

A Ty co myslisz o takim zabiegu wykonanym w domu?

Pozdrawiam.












Pamiętam dzień w którym myśl o blogowaniu dojrzała na tyle, że włączyłam komputer, otworzyłam szablony, wymyśliłam anglojęzyczną nazwę i zaczęłam pisać. Szybko jednak kierunek, który obrałam początkowo, zmienił się na inny. Z upływem czasu moje blogowanie stawało się bardziej dojrzałe, bardziej pewne. Ja sama wiedziałam czego chce. Blog zmienił nazwę na tą, która jest obecnie, która już raczej zostanie ze mną do końca. Blogowanie zmieniło całe moje życie. W pewnym momencie postawiłam wszystko na jedną kartę. Czy się opłaciło? Myślę, że tak. Dziś jestem w tym miejscu, w którym jestem robię to co lubię. Mam ogromny dystans do tego co robię oraz do samej siebie.  Ciężko jest mnie „obalić”  






Dziś piszę już prawie 4 lata. W styczniu minie dokładnie 4. Jak ten czas szybko mija. Miałam małe wzloty i upadki. Bywało różnie. Ale dziś nie o tym. Pamiętam kiedy otrzymałam propozycję wystąpienia w programie emitowanym  w telewizji regionalnej lubuskiej. TVP3 Gorzów Wielkopolski. W programie Agaty Sendeckiej Rodzina na Plus. Trochę się stresowałam, obawiałam ale z drugiej strony czułam, że będzie dobrze. Przecież, nie codziennie mamy okazję występować w telewizji. To, że się stresowało było, raczej normalne. Kiedy jednak kamera ruszyła, zaczęłam rozmawiać z Agatą. Poszło. Do momentu emisji nie wiedziałam co z tego wyniknie. Dziś już wiem, że nie było czym się stresować. 

Oto kilka kadrów jak to wyglądało "od kuchni"










Po ilości gratulacji jakie otrzymałam oraz mali myślę, że już wywiad ze mną widziało dość szerokie grono widzów. Jeśli jednak jeszcze nie widziałaś to zapraszam serdecznie TUTAJ!!!


"Niebawem TVN"...










Dwa porody. Dwa naturalne i dwa jak bardzo różne. 




W dzisijeszmy wpisie troche prywaty i bardzo osobisty wpis. Ostatnio coś mnie naszło, by pisać do szuflady po czym bardzo szybko zaświtało, że przecież mogę pisać tutaj nie tylko dla siebie. Wracając jednak do tematu. Poród. Dla tej, która jeszcze nie rodziła coś co zupełnie wydaje się być obce, trudne, ciężkie i przyprawa o ból głowy na myśl o bólu jaki może przy tym towarzyszyć. Oj tam ból, kiedyś myslałam, do wytrzymania-myślałam, do przeżycia-myślałam. No bo tak, nie ma chyba niczego bardziej fajniejszego, niż pomęczyć się odrobinę i zobaczyć istotkę, która mieszkała w naszym brzuchu w rzeczywistości. No prawda? Czy nie? Ależ oczywiście, że prawda! Wiem, wiem wymądrzam się, ale tak jest i będzie. Co by się nie działo na sali porodowej. Moje historie są dwie. Dwie bardzo róże. 



Cofnijmy się trochę w czasie. Mamy rok 2011r a dokładnie przełom listopada i grudnia.

Mój lekarz każe mi iść położyć się do szpitala na dwa tygodnie przed wskazanym terminem. Pierwszy taki długi pobyt w szpitalu. Jejku jak ja to wytrzymam- psychicznie. Bo chyba na nikogo nie robi dobrego wrażenia leżenie i czekanie w czterech ścianach szpitala. Książki, laptop i telefon(wtedy jeszcze bez dostępu do internetu) jak ja mogłam tak żyć?! O ile pierwszy tydzień zniosłam bez żadnego gadania i marudzenia. O tyle ten drugi tydzień był fatalny. Płakałam prawie codziennie, że chce wyjść, żeby już coś zrobili bo chce już urodzić. Trułam mojemu mężowi, żeby coś zrobił. A to przecież nie on ma decydować tylko lekarz. Chwilą „relaksu” była transmisja KSW wówczas nadawana jeszcze normalnie bez płacenia. Pomijam płacenie 2zł za szpitalny telewizor. To była odskocznia, która otarła moje codzienne łzy. To był albo 26 albo 27 listopad. No mniejsza o datę. W każdym razie dziewczyny, które ze mną tam leżały oglądały razem ze mną. 

Planowany termin wg USG 4 grudnia. 1 grudnia badania. I tekst Pani ordynator, że jak nic się nie ruszy to czekamy do 16. Po moim trupie sobie myślę i mówię do mojego synka, że ma wychodzić z brzucha 4. 2 grudnia ta sama Pani ordynator zaleciła „preindukcje” porodu. Wkładając mi do szyjki macicy jakiś masakrycznie zimny żel. Jej słowa. Jak jesteś w terminie to zacznie się coś dziać, jak nie to czekamy…. Kazała leżeć. Godzina 8 rano bóle jakich mało. Masakra. Myślałam, że to już. Podłączyli pod KTG i kazali dalej leżeć. Mój Boże… Ileż można w bólu leżeć. Skurcze regularne, brak rozwarcia. Czekamy. Aha, zakaz jedzenia, picia do póki nie urodzę. Chyba żart. Telefon do męża, że już się zaczęło. Tak cały Boży dzień. KTG, badania, masowanie szyjki, badanie, jakiś zastrzyk przeciwbólowy, chodzenie pod prysznic. Wieczorny obchód i nic, czekamy. Na szczęście wszystko było często monitorowane KTG ale maluszek wyjść jeszcze nie chciał. 20:30 mój maż wychodzi do domu w razie co jest pod telefonem. Ja dostaję jakaś kroplówkę, do dziś nie wiem co to było ale w minutę wyleciało do żył. Wyprowadzam męża i czuję, że leje się ze mnie. O fuck. nigdzie nie idziesz, chyba, że na porodówkę. Bo wody odeszły. znieczulenie, oddychanie, ćwiczenie na piłce, 4 parcia i Adaś na świecie. Pomyślałam ufff,,,, w końcu udało się. Adaś już jest! godzina 00:50. W wypisie ujrzałam czas porodu_3,5 godziny. Ciekawe jak oni to liczą, jak ja w bólach leżałam od 8 rano. No ale koniec końców udało się. I 5 lat nie wiadomo kiedy zleciało!





Rok 2016. Styczeń. Data porodu wg USG 21 stycznia. Ten sam lekarz, również każe położyć się dużo szybciej do szpitala. Ja jednak twierdzę, że tym razem pójdę nieco później. Tzn na chwilę przed datą porodu. Pojawiłam się 18 na izbie przyjęć po 19 godzinie. Nikogo do przyjęcia tylko ja jedna. Szybko zrobili usg, badanie i połozyli. Na odział nie ten, gdzie leżałam 5 lat letmu, tylko inny. Tam to już po sąsiedzku porodówka. Znowu mój płacz, że ja tam nie chciałam, że chciałam piętro niżej. Lament i stres, bo przecież Adaś w domu na mnie czeka. Eh… To był poniedziałek. Wtorek rano, badania, usg. Mówią mi, że jutro najpóźniej po jutrze urodzę bo mam za mało wód płodowych. Kiedy i gdzie one popłynęły do dziś nie wiem.  I jeszcze dziś będą robić preindukcje. Już na samą myśl miałam dreszcze, jak pomyślałam o tym żelu. Jak się potem okazało, żelu na tym piętrze nie praktykują bo nie działa za dobrze. Powoduje tylko bóle a nie robi rozwarcia. Serio? Teraz to i ja to wiem.  Założymy pani cewnik foleya. A cóż to za ustrojstwo? To taki balonik napełniony ok 60 ml wody, który będzie powodował rozwarcie. Musi Pani z tym tylko chodzić. On zrobi resztę. Ok pomyslałam. Samo nałożenie nie należało do tych przyjemnych. Miałam go w sobie do rana. Nad 4 rano obudziły mnie w miarę regularne skurcze. Już wiedziałam, że to będzie teraz. Telefon do męża, że już. Wszystko monitorowało KTG. U malusza ok, pytanie położnej o znieczulenie. Powiem, tak miałam ochotę zrezygnować ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na tak. Kiedy znieczulenie zaczęło działać mogłam się dosłownie zdrzemnąć. Nie trwało to za długo ale chwila „odpoczynku” była. 

Na pierwszy poród i jego cały przebieg nie narzekałam. Wydawało mi się, że jest ok. Bo tak w sumie było. Ale porównując oba to ten drugi był o niebo lepszy. 

Co mogło mieć na to wpływ? 

Wg mnie to podejście do pacjentki, czyli mnie. Pierwszym razem, żel który we mnie włożyli powodował duży ból, zero rozwarcia. Musiałam się męczyć. Za drugim cewnik nie był aż taki tragiczny, skurcze były regularne i w trakcie robiło się rozwarcie. Po drugie położna. Przy pierwszym miałam taką, że gdyby nie fakt, że mąż jest przy mnie jest to nie wiem… choć może to tylko moje odczucia, ale wiesz pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Teraz miałam taką, która wszystko tak dokładnie mi mówiła, kiedy i co mam robić, że nim się obejrzałam to Leo był na świecie. Pamiętam jak bóle parte przyszły o 9:30 i słowa położnej tak zaraz zrobimy, że do 10 twój synek będzie już pod drugiej stronie brzucha. Tylko dobrze słuchaj tego co mówię. I tak też się stało. 9:53 Leo na świecie. 

Być może przy drugim porodzie człowiek tez inaczej psychicznie podchodzi, choć muszę przyznać się bez bicia, że bałam się dużo bardziej niż za pierwszym. Wiedziałam co mnie czeka i chyba stąd ten strach. A dziś mój Leo ma skończone 9 mc i zastanawiam się kiedy to zleciało?  A jak to było z waszymi porodami?! 

Pozdrawiam 
Przychodzi czasami w życiu człowieka taki moment, w którym wszystkiego ma się dość! Nie jesteśmy robotami! Matka dwójki dzieciaków. 5 latka, który wydawać się może jest na tyle samodzielny i „dorosły” że powinien umieć zająć się samym sobą! Mniejszy na tyle mały, że za mały by mógł choć w części być tak samodzielny jak ten starszy. I ja. Kobieta, która wie czego od życia chce. Umie tak rozdysponować czasem by wszystko grało i buczało. Wykorzystuje każdą wolną minutę, sekundę na bycie matką, żoną, gospodynią domową, czy jak CI wygodnie- możesz przeczytać- kurą domową. Jak zwał tak zwał. Ktoś ostatnio powiedział mi, że świetnie daje sobie rade z tym co robię. Wszystko pięknie wygląda z boku. Z Twojej perspektywy. Ty nie widzisz plam na podłodze po wczorajszej kawie, którą niosłam do stolika, potykając się o zabawkę… wylało się niezdarnie. W tej samej minucie obudził się najmniejszy. Kawa na komodzie, plama na podłodze- do wyschnięcia. Bo dziecię ważniejsze. 
Tej sterty prania, które czeka do prasowania też nie widzisz- bo skrzętnie schowana. To nic, że się pewnie na czas nie wyprasuje. Tych naczyń co w zmywarce czekają do wyjęcia… Bo czyste a jeszcze tam odpoczywają. Tej nocy, której dziecko spać nie chce bo pełnia. Budzi się i zwyczajnie oczy jak 5 zł z uśmiechem na twarzy pyta czy pójdzie do sąsiada. Zerkam na zegarek a tam 3 w nocy. Litości… Ty pewnie z boku na bok się przekładasz. Leżę bo co mam za wyjście. Cichutko rozmawiamy. Tak by najmłodszy się nie wybudził. O zgrozo. Co by to było dwoje dzieciaków w środku nocy buszujących po sypialni. Tego, że mój mąż w delegacjach tygodniowych. Wraca, przepakowuje walizkę i wylatuję z powrotem. Tego też nie widzisz. Widzisz tylko to, że świetnie sobie daję radę. Że wszystko poukładane, tak jak powinno być. Chłopaki najedzone, ubrane, brudne od masła i kanapki z miodem czy powidłami. Sterty tych ciuchów do prania. Tysiące zdjęć czekających do obróbki, tekstów do zredagowania(czy oby napewno błędów nie ma). Tak mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze pomyślisz, że się żalę, że narzekam. Ale prawda jest taka, że za nic w świecie nie zamieniłabym tego na inne mniej lub bardziej „luksusowe” życie. Kocham moich urwisów, kocham to zmęczenie, ten cały rozgardiasz…. a wiesz dlaczego? Bo życie jest zbyt krótkie na żale i smutki. Szanuję to co mam! Niedługo moje 30 urodziny. Być może powinnam być Panią Biznesmen, która karierę stawia na pierwszym miejscu. Pracująca w korpo od godziny do godziny. Ale ja jestem dziś blogerką, która robi to co lubi. Która pracuje tak jak lubi. A przecież szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. 












Wyprawkę do łóżeczka znajdziesz na stronie producenta TinyStar  Carmelowa pasuje dla chłopca jak i dziewczynki. 













Muszę to napisać bo inaczej zwariuję. Muszę to z siebie wyrzucić. Dziś nawet spacerując z Leo miałam mętlik w głowie. Próbowałam to wszystko sobie poukładać. Zrozumieć dlaczego? Dlaczego byle jakiś tam facet w garniturku ma prawo decydować za nas, za nasze ciało. Skąd niby taki "goguś" może wiedzieć co dla nas-kobiet jest najlepsze?



Pamiętam do dnia dzisiejszego dzień w którym wszystko się zmieniło, w którym straciłam cząstkę siebie. To był moment w moim życiu chyba najtrudniejszy jaki można sobie wyobrazić. Nie życzę tego nawet najgorszemu wrogowi. Po mimo upływającego czasu będę o tym pamiętała zawsze i wszędzie. Sama nie wiem co bym zrobiła gdyby sytuacja była trochę inna. Gdyby to natura za mnie nie zdecydowała. Wtedy już było mi bardzo ciężko. Ta myśl, że będę musiała iść na zabieg łyżeczkowania, potocznie mówiąc "na skrobankę" Pamiętam ostatnie usg, które musiało potwierdzić, że płód nie żyję, że jego serce nie bije. Ta głośna cisza była najgorsza. Słowa lekarza. Sprawdźmy raz jeszcze dla pewności. Pomyślałam, litości nie chce już tego słyszeć. Do dziś znam to brzmienie. Głuche.... Dzień zabiegu też gdzieś daleko w myślach tkwi. Czarny fotel, nogi przywiązane, narkoza, maseczka z tlenem i głęboki sen tak bym nic nie czuła. Nie wiem co by było gdybym musiała to ja świadomie podjąć decyzję o zabiegu. Gdybym dowiedziała się, że moje dziecko jest chore, nieuleczalnie chore... Wolę na ten temat nawet nie myśleć. Mam dwójkę wspaniałych synów. W tamtym momencie zadecydowała za mnie natura. Było mnóstwo łez, bólu oraz myśli dlaczego? 


Nie jestem za świadomą aborcją, za jej nadużywaniem. Ale dlaczego w tak trudnych sytuacjach dla nas kobiet, ma decydować rząd? Dlaczego? Co tak naprawdę koleś w garniturze może o tym wiedzieć? Co czuć? W każdym przypadku jest ciężko. Czemu jest winna kobieta skrzywdzona przez oprawcę? I tak już jest jej ciężko. Mogę tylko sobie to wyobrazić(wolę jednak nie). Prawo powinno być zaostrzone właśnie dla oprawców. To oni powinni mieć ucięte jaja by więcej nie mieli na takie coś szans! Co w przypadku, kiedy podczas badań prenatalnych kobieta słyszy, że jej dziecko jest chore?! Dlaczego to rząd ma za nią decydować, kiedy to już sama wiadomość jest bardzo trudna. Wiele wad można leczyć jeszcze w życiu płodowym. Jeśli zadecyduje o tym natura, to Bóg jeden tak chciał! Nie mamy prawa podejmować decyzji za kogoś. To co. Wg tej ustawy gdybym dzisiaj straciła ciążę, musiałbym się tłumaczyć, przed policją dlaczego?? Z czego? Czy nie zrobiłam tego przypadkiem chcący? A może z tego, że codziennie schodzę i wchodzę po schodach na 4 piętro, a przecież to może być przyczyną? A może dlatego, że byłam na zjeżdżalni tydzień wcześniej? A może z tego, że wypiłam filiżankę kawy, która też mogła się do tego przyczynić? Do dziś tak po prawdzie to nie wiem dlaczego straciłam tamtą ciąże. Lekarz powiedział, że coś "genetycznego" musiało się zadziać bo płód zatrzymał się na 8 tyg rozwoju. Płakałam, bałam się... Natura zadecydowała za mnie. Co by było gdybym stanęła przed wyborem? Nie wiem.. Mam nadzieję, że nigdy tak nie będę musiała wybierać. W jakim my kraju żyjemy, żeby za nas decydowano? Mówiono nam co jest dla nas lepsze. Skoro rząd pragnie by wzrosła liczba chorych dzieci  to niech da też na nie kasę. Zapewni opiekę, rehabilitacje itp itd.... Nóż w kieszeni się otwiera a przecież mamy XXI wiek. Żyjemy w cywilizowanym kraju a nie w erze kamienia łupanego. Medycyna jest w stanie dużo zrobić, dużo wyleczyć. Fakt, nie zawsze się da, nie zawsze ma się wpływ... ale dajcie spokój! Niech nikt za nas nie decyduje w sytuacjach i tak już bardzo ciężkich. Niech prawo zaostrzy się tam gdzie powinno.


Trochę mnie poniosło. Ale nigdy nie będę za tym co teraz się wyczynia! #czarnyprotest!


Pozdrawiam. 




Pamiętam jak dziś, dzień w którym przyjechałam do Łodzi. 25 września 2006 rok. Ja mająca niespełna 20 lat, oderwana od maminej spódnicy. Przyjechałam do środkowej polski. Tam gdzie wszystko się zaczęło. Ale od początku. Cofnijmy się w czasie te 10 lat.

Szara myszka z małego miasteczka, gdzie wszyscy o wszystkich, wszystko wiedza. Każdy o każdym ma swoją teorie. To była moja świadoma decyzja. By dać sobie rok luzu zaraz po maturze. Odpocząć i pomyśleć. Rok zleciał tak szybko, że nim się obejrzałam to jechałam- kierunek Łódź. Płakałam, pamiętam tak mocno, że aż moje powieki były opuchnięte-jak nigdy. Tęskniłam równie mocno. Ten dzień wyjazdu był dla mnie, być albo nie być. Wiedziałam ze z czasem wszystko sie ułoży(dziś się z tego śmieje). Tego też dnia, kiedy moi rodzice już odjechali w drogę powrotna. Spotkałam się z nim(obecnie moim mężem). Znaliśmy się tylko z rozmów telefonicznych, wiadomości gadu-gadu, a trafił na mnie przez fotka.pl (czy to jeszcze istnieje?) Przywitał mnie pięknym, ogromnym bukietem czerwonych róż. Podekscytowanie było tak ogromne, że zapomniałam o tym jak  daleko jestem od rodzinnego domu. My chyba już wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie stworzeni. Widzieliśmy się pierwszy raz w realu a mieliśmy wrażenie, że znamy się dobre kilka lat. Jak dwa łyse konie. To były wspaniałe czasy. Mój R powiedział, że jestem tą jedną dziewczyną, którą przedstawia swoim rodzicom. Kiedy to dziś wspominam to aż mam dreszcze-serio. Bo to tyle już lat minęło.  Pierwszy rok studiów zupełnie mi nie pod pasował. Już po pierwszym półroczu wiedziałam, że od nowego roku akademickiego zmienię wszystko i zacznę od nowa. Od nowa nie zaczęłam. Zmieniłam tylko uczelnię. Tam również spotkałam świetnych ludzi.. Przyjaciół do dnia dzisiejszego. Nie powiem, że było łatwo, bo tak nie było. Zachciało mi się robić dwie szkoły jednocześnie. Studia swoją drogą a zaocznie kosmetykę.  Zanim się oswoiłam, zanim zaaklimatyzowałam to trochę czasu minęło. Nie żałuję niczego. Dziś mam piękne wspomnienia. Po 2 latach mój R mi się oświadczył. Tego dnia to już chyba do grobowej deski nie zapomnę(uśmiech). Niby to był dzień jak co dzień ale nie.... Wtedy też zrozumiałam, że moja intuicja nic a nic się nie myli.  Pozostałam jej wierna do dnia dzisiejszego. Oczywiście, powiedziałam tak w swoje 22 urodziny. A dwa lata później powiedziałam ponownie TAK na ślubnym kobiercu. Dziś to już 10 lat. I jak tak sobie wspominam i zastanawiam co by było gdyby? Gdybym w moje 18 urodziny nie zasiała ziarenka w swojej głowie, że może pójdę studiować do Łodzi, gdybym na tym portalu fotka, nie zaznaczyła, że pochodzę z Łodzi(trochę skłamałam i oszukałam-oszukać przeznaczenie? haha), to pewnie byłabym w innym miejscu. Robiła coś innego. Choć tak naprawdę to nie wyobrażam sobie życia bez mojego blogowania. Czasami warto jest jednak zaryzykować. Rzucić się na głęboką wodę. W tamtych czasach gdyby mi ktoś powiedział. Ej laska będziesz studiowała w Łodzi i tam już zostaniesz na stałe... To bym się chyba popłakała ze śmiechu. No ok, wiedziałam czego chce ale z myślą i pod takim warunkiem, że wracam do miasta rodzinnego zaraz po studiach. Przepraszam ale na chwilę obecną to ok, wracam do rodziców, do brata do rodziny, znajomych. Ale na stałe nie, już nie. Mam dwóch wspaniałych urwisów, męża i swoje życie, tutaj w wielkim mieście, którego nie zamieniłabym na nic innego. Czasami ma się "kryzysowe" dni, bo kto ich nie ma? Trzeba szanować to co się ma. Tu i teraz bo życie jest zbyt krótkie by je marnować na pierdoły. Ja korzystam z życia tyle ile mogę. Realizuję swoje marzenia i cele. Rozwijam się w tym co lubię robić i co sprawia mi ogromną przyjemność. Każda "porażka" to nauka, która daję mi siłę. Nowe możliwości, okno na świat. Już dziś nie jestem tą dziewczyną sprzed tych 10 lat. Już dziś nie pozwolę sobie by ktoś mnie "urobił", wmówił mi coś czego jestem pewna, że nie zrobiłam. Dziś twardo stoję na nogach. Wiem, jeszcze bardziej czego chce od życia. Jestem szczęśliwa. Jestem szczęściarą! Cała ja! 



Za jakiś czas otwiera się przede mną nowe okno. Dziś nie mogę powiedzieć jeszcze co to takiego. Ale zapraszam Cię na mojego fejsbuczka, gdzie będę zdawała relację na bieżąco. No i oczywiście na Isntagram bo tam w instastory będzie z pewnością na ten temat wzmianka i to nie jedna. A uwierz mi, że będzie mnóstwo emocji. No dobra już nic nie mówię by nie zapeszyć. Ale to będzie krok ku LEPSZEMU!!!!



PS. Zdjęcie ma dokładnie tyle samo lat. Pochodzi z naszych pierwszych wakacji nad Polskim morzem.